„—Jeść... panie mecenasie!
— Matka moja prosiła, abym zatrzymał pana na kolację. Domyśliła się, że pana coś z pewnością spotkało... (Mogło się wydać, że między Leonem a palącym się pod sufitem żyrandolem przeszedł obłok, co rzucił cień na jego twarz). Proszę się nie obawiać — dodał tedy — nie będzie pan zmuszony do konwersacji towarzyskiej przy stole... Matka się do nas nie przyłączy.
Nie wyglądało na to, aby Leon go słuchał. Po trosze jak ślepy wyszedł do przedpokoju. Zaś w progu jadalni raptem przystanął. — Byłem dziś na Mazowieckiej — wypowiedział. — Pamiętałem bramę jej domu. Bo któregoś wieczoru odprowadziłem ją... Ha, w jej pokoju wiszą te przeklęte... lokomotywy... — Usiadł nie patrząc przy stole. — Pięć albo sześć lokomotyw, czy da pan wiarę!...
— Oto przed panem stoi nalewka — rzekł mecenas najspokojniej, jak umiał, i starając się rękoma poruszać jak najwolniej. Lecz sztuczny ten spokój zderzał się w powietrzu nad stołem z niepokojem gościa i raczej uginał się pod jego naciskiem. — Tę morelówkę matka sama sporządziła... Na ogół matka nie lubi... pijących. Ale w stosunku do pana zrobiła wyjątek...
— Aaha... aha... Bo powiedziałem, że pan się do mnie zraził... z powodu alkoholu. Zauważyłem to za poprzednim razem, no i teraz, ha... musiałem powiedzieć pani... Grossenbergowej o tym... Był to... jedyny sposób, by się z panem dziś zobaczyć... — Coś niby grzecznościowy wysiłek mignął na wargach i policzkach Leona. Atoli wciąż widać nie miał sił lub czasu na uprzejmość i przeprosiny. — Lokomotywy... — powtórzył i powiódł wzrokiem po ścianach jadalni. — Widzi pan na przykład u państwa tu wiszą ryby, winogrona... martwa natura... A dlaczego w jej pokoju... Nie, to nonsens! — zawołał — to nie może mieć z tym wszystkim nic wspólnego, po prostu zbieg wypadków... — Popatrzył na mecenasa, znów po trosze jak niewidomy. — Wchodzę, proszę pana, do bramy a potem idę po schodach na piętro. Dzwonię do jednego mieszkania na prawo, później na lewo. Przepraszam, czy tu mieszka panna Barbra Dzwonigaj — Może taka brunetka to to na drugim piętrze, u inżynierostwa... — Na drugim piętrze wychodzi jakaś nie uczesana leciwa dama, pani inżynierowa. — Czy pani już wie, co się stało pytam. — Wiem... — nawet przybladła. Czy pan może jej krewny — Pokiwałem głową. — Chciałem tylko rzucić okiem, jak ona mieszkała, proszę pani. Można — W gabinecie męża, proszę! — Otwiera drzwi i nagle mi się w oczy rzucają lokomotywy... Dość wielkie zdjęcia w czarnych rameczkach. A jedno podłużne nawet wyobrażało nie tylko parowóz, ale i zestaw wagonów pasażerskich. Wiszą nad czarną skórzaną kanapą, nad zamkniętym amerykańskim biurkiem... Dlaczego, pytam się. Co za niebywały nadprzyrodzony pomysł, żeby kawałek... pijackiej metafory — sfotografować!... — Proszę panią, pytam, czy to jej... jej lokomotywy — i wskazuję palcem. — Nie! skądże. To mój mąż, inżynier, pracował na kolei... — A czy pan inżynier w domu — Wychodzi staruszek w czarnym ubraniu i czerwonych domowych pantoflach. — Tatusiu, mówi jego żona, to przyszedł krewny panny Dzwonigaj. — Ach, woła staruszek, co za wypadek!... — Czy państwo może są ze Lwowa, są lwowiacy pytam. — Nie! — Są zdziwieni, od dziada pradziada mieszkają w Warszawie. Wtedy powiedziałem do nich coś po ukraińsku. Widzę, że wytrzeszczają oczy i nic nie kapują... Więc pomyślałem, że to chyba nie to... skąd! nic im z oczu nie patrzyło... i“(3)
<<<< Oddycham z ulgą już
| Rodzina będzie to uważała >>>>
Vision International |hotele spa w górach |projektowanie grafiki reklamowej